Reklama

http://www.wszystkoobieganiu.com.pl

Barcelona: podsumowanie występów polskich biegaczy PDF Drukuj Email
sobota, 31 lipca 2010 21:40

Barcelona Polscy biegacze nie muszą się wstydzić. Na średnich dystansach jesteśmy na topie.  Marcin Lewandowski zdobył złoty medal, a Adam Kszczot finiszowował na trzecim miejscu!  Nasze sprinterki w sztafecie 4x100 m dorzuciły kolejny brązowy krążek. Maratończycy nie popisali się. Honor długodstansowców obronił Mariusz Giżyński, Szost i Draczyński zeszli z trasy. Zaprzepaścili walkę o wysoką lokatę w klasyfikacji drużynowej.

 

Walka na finiszu 800 metrów mężczyzn była na miarę mistrzostw świata. Wszystko mogło się zdarzyć. Polacy pobiegli jednak nie na żwywioł, ale bardzo mądrze taktycznie. Obaj reprezentanci Polski taktycznie rozegrali swój finałowy występ. Adam Kszczot został zdecydowanie z tyłu zbierając siły na decydujące okrążenie, Lewandowski czaił się tuż za pierwszą trójką. Kiedy biegacze pokonali połowę dystansu, Kszczot rozpoczął swój atak, a drugi z naszych reprezentantów przebił się do pierwszej trójki. Lewandowski coraz mocniej naciskał na prowadzącego Michaela Rimmera i wyprzedził go na ostatniej prostej.

 

Podobnie bieg wyglądał z perspektywy Kszczota, który również niemal w ostatniej chwili wyprzedził Holendra Arnauda Okkena. Brązowy medalista mistrzostw Europy finiszował z czasem 1.47,22 min i do drugiego Rimmera brakło mu 0,05 s. "Złoty" Marcin Lewandowski był o 0,15 s szybszy od swojego reprezentacyjnego kolegi.

 


Komentuje Adam Kszczot, brązowy medalista ME  na 800 m:

 

Bieg rozegrałem mądrze taktycznie. Pierwsze 200 metrów zacząłem wolniej niż rywale, aczkolwiek i tak dobrze, poniżej 26 sekund. Później próbowałem ustawić się gdzieś na 3-4 miejscu. Udało się i na pół okrążenia przed metą byłem w stawce tam, gdzie chciałem. I to bez przepychanek. Czy czułem niepewność w trakcie biegu? Nie. Może trochę się przestraszyłem na 40 metrów przed metą, gdy czułem nacisk ze strony Holendra Okkena. Ale udało mi się go odeprzeć. To był najgroźniejszy dla mnie moment w tym biegu. Słyszałem doping kibiców i to dodawało mi skrzydeł. Przyjechała moja rodzina, cieszę się że mogli zobaczyć, jak zdobywam medal. Mam brąz i jestem przeszczęśliwy! Z Marcinem nie mieliśmy żadnych wspólnych założeń taktycznych. Ale obaj swoje plany zrealizowaliśmy. Mamy medale i jest świetnie. Ma już medal halowych mistrzostw świata, teraz kolejny brąz – mistrzostw Europy. Oba są dla mnie bardzo cenne. W czym tkwi klucz do sukcesu? W ciężkiej pracy i… w kupie szczęścia.

Po sezonie halowym miałem trochę problemów zdrowotnych, kłopoty z Achillesem, słabsze wyniki krwi. Czegoś brakowało mi na ostatnich metrach, nie było tego specyficznego błysku w oku. Dlatego trzeba było włożyć w przygotowania więcej pracy. Czy to, że jest nas dwóch na takim poziomie w kraju pomaga? Oczywiście. We dwóch zawsze raźniej. To nie jest tak, że na bieżni człowiek patrzy na innych wilkiem. Między nami występują całkiem normalne relacje. Zarówno przed startami jak i w trakcie biegu. Jak widać, nie spychamy się z bieżni (śmiech). W tym roku rywale ze światowej czołówki biegają bardzo szybko. Marcin jest również w bardzo dobrej dyspozycji, ja nie miałem jeszcze okazji tak do końca się sprawdzić. Teraz czekają mnie starty na wielkich mityngach, sam jestem ciekaw, co tam pokażę. Wiem, że wielu zawodników wyjeżdża na zgrupowania np. do Afryki, ale ja nie zamierzam się przygotowywać w ten sposób. Dla mnie to zdecydowanie za wysoko, mój organizm nie jest jeszcze przygotowany na takie warunki.


Nasza sztafeta kobiet 4x100 m zajęła trzecie miejsce podczas trwających w Barcelonie lekkoatletycznych mistrzostw Europy. Wygrały Ukrainki, a drugie były Francuzki. Polska sztafeta pobiegła w składzie Marika Popowicz, Daria Korczyńska, Marta Jeschke, Weronika Wedler.

Polki znakomicie przeprowadzały zmiany i dzięki temu zdołały wywalczyć miejsce na podium. Polki ustanowiły zarazem nowy rekord Polski - 42,68. Poprzedni (42,71) należał do Iwony Pakuły, Ewy Kasprzyk, Ewy Pisiewicz i Elżbiety Tomczak i został ustanowiony 17 sierpnia 1985 w Moskwie. Polska sztafeta mężczyzn 4x100 m zajęła piąte miejsce.

 


Lidia Chojecka nie ukończyła biegu na 5000 metrów. Zrezygnowała z walki na półmetku rywalizacji.

Wygrała Turczynka Alemitu Bekele przed rodaczką Elvan Abeylgesse i Portugalką Sarą Moreiro.

 

 


Tomasz Szymkowiak zajął piąte miejsce w biegu na 3000 m z przeszkodami.

Wygrał Francuz Mahiedine Mekhissi-Benabbad przed rodakiem TAHRI, Bouabdellahem Tahrim i Hiszpanem Jose Luisem Blanco. Tomek przez długi czas utrzymywał się na czwartym miejscu i niemal do ostatniego okrążenia mógł walczyć o brązowy medal, ale ostatecznie nie wytrzymał tempa narzuconego przez Jose Luisa Blanco i ukończył bieg na 5. pozycji.

 


Mariusz Giżyński zajął dwunaste miejsce w biegu maratońskim na mistrzostwach Europy w lekkiej atletyce.

 

- Wierzyłem, że będę bardzo wysoko w tym biegu. Na 30. kilometrze miałem jeszcze realną szansą na pierwszą szóstkę, a może nawet wyżej. Niestety upał mnie pokonał. Nie wytrzymały mięśnie. Ostatnie trzy-cztery kilometry były po prostu drogą przez mękę. Tym bardziej cieszę się, że ukończyłem. Zejście z trasy w ogóle nie wchodziło w rachubę, chociaż kręciło mi się w głowie i nic już nie słyszałem - mówił na mecie.



Najszybciej z naszych zawodników odpadł Adam Draczyński, który miał drugi czas w tym sezonie w stawce rywali. Polak na pierwszych kilometrach objął prowadzenie, ale jak zapewnił, nie miało to wpływu na to, że zszedł z trasy.

- Na pierwszych kilometrach wyszedłem na prowadzenie, bo chciałem na tych krótkich pętlach uniknąć upadku. Poprowadziłem spokojne tempo. Od piątego kilometra zaczął mnie boleć żołądek, nie pomagały żadne środki. Na 11. kilometrze stanąłem. Głowa jeszcze chciała biec dalej. Dwa razy próbowałem ruszyć z miejsca, ale nie dałem rady. Szkoda, bo była duża szansa na wysokie miejsce. Byliśmy naprawdę bardzo dobrze przygotowani - mówił Draczyński.

Z powodu kontuzji kolana maratonu nie ukończył legitymujący się najlepszym czasem w tym sezonie w stawce rywali Henryk Szost.

 

- Do 10. kilometra biegło mi się bardzo dobrze. Trzymałem się czołowej grupy. Od 15. kilometra zaczęło mnie dość mocno boleć kolano. Zresztą miałem je operowane w ubiegłym roku. Musiałem niestety zejść z trasy. Nie chciałem ryzykować poważniejszej kontuzji. Przykro mi, bo liczyłem na to, że znajdę się w dziesiątce. Żal tym bardziej, że byłem bardzo dobrze przygotowany - przyznał.

 

Do słabego startu polskich maratończyków jeszcze powrócimy.

 


 

Rafał Bała, PZLA , Tomasz Kalemba, onet.pl