|
Naukowcy zastanawiają się, gdzie leży kres ludzkich możliwości, a najszybszy człowiek świata, Asafa Powell, zapowiada, że w przyszłym roku przekroczy kolejną barierę i przebiegnie 100 metrów w czasie krótszym niż 9,7 sekundy.
Szybciej, wyżej, dalej - potocznie tłumaczona maksyma olimpijska, z roku na rok staje się coraz mniej osiągalna dla sportowców. Wiele rekordów zostało wyśrubowanych w czasach, gdy walka z niedozwolonym dopingiem przypominała bardziej zabawę w „ciuciubabkę”, niż poważne przedsięwzięcie na skalę światową. To się zmienia. Coraz trudniej oszukać innych, coraz trudniej oszukać siebie, coraz trudniej pobić rekord. Każdy nowy wynik lepszy od poprzedniego prześwietlany jest na wszelkie możliwe sposoby. W mijającym roku bodaj najbardziej spektakularnym wynikiem zaimponował Asafa Powell. Sprinter z Jamajki pobił swój własny rekord świata na 100 metrów, poprawiając wynik z 9,77 na 9,74.

Łatwo i przyjemnie
- Dla mnie był to prawdziwy szok - przyznał po ochłonięciu rekordzista świata. - Nie odczuwałem w trakcie biegu, że jestem aż tak szybki. Ustanowienie tego roku przyszło mi znacznie łatwiej niż poprzedniego.
Doktor Steve Ingham, czołowy fizjolog z English Institute of Sport zauważa, że w Rieti, gdzie Powell uzyskał najlepszy jak dotąd wynik, wystąpiło wiele szczęśliwych dla niego okoliczności. Po pierwsze, idealny start, którego Powellowi mogą pozazdrościć nawet najgroźniejsi rywale. Nikt podobno nie ma tak błyskawicznej reakcji startowej jak Jamajczyk. - Mistrza świata, Tysona Gaya, nie wyłączając - twierdzi dr Ingham.
Kolejne czynniki, poza oczywiście znakomitym przygotowaniem do biegu, były już niezależne od Jamajczyka. Przede wszystkim idealne warunki atmosferyczne i konstrukcja samej bieżni. Wszystko w tym momencie było ważne, wszystko złożyło się na rewelacyjny wynik. Dziś fachowcy zadają sobie pytanie, czy da się przebiec 100 metrów szybciej niż w 9,74? Zdaniem dr Inghama, jak najbardziej.
Wynik do wymazania
- Nie będę zaskoczony, jeśli Powell uzyska wynik poniżej 9,7 - uważa angielski naukowiec. - Niewykluczone, że stałoby się to już w Rieti, gdzie Jamajczyk wyraźnie zwolnił na ostatnich metrach. Gdyby na ostatnich 10 metrach biegł równie szybko, jak w połowie dystansu, kto wie, czy kolejna bariera nie zostałaby przełamana.
Sam zainteresowany twierdzi, że nic straconego i zapowiada, że w roku olimpijskim 2008, będzie walczył nie tylko o złoto w Pekinie, ale też - choć niekoniecznie w stolicy Chin - o pobicie rekordu świata.
- Mogę zapewnić, że wynik 9,74 zostanie wymazany - śmiało głosi Asafa Powell. - Wielu ludziom powtarzałem poprzednio, że 9,77 padnie i tak się stało. Wiem, że jestem w stanie pobiec szybciej niż w Rieti i chcę osiągnąć 9,6. To jest mój cel.
Śladem Hinesa
Jednocześnie reprezentant Jamajki, który chętnie startuje także w zawodach organizowanych w naszym kraju, przestrzega kibiców, by nie oczekiwali od niego bicia rekordów za każdym razem, gdy dotknie - jak się wyraził - bieżni. - Pamiętam imprezę, kiedy pobiegłem 100 m w czasie 9,9, a na trybunach rozległ się jęk zawodu, tak jakby wszyscy byli rozczarowani.
Tymczasem o wyniku poniżej 10 sekund wciąż wielu sprinterów może tylko pomarzyć. Warto przypomnieć, że od roku 1968, gdy Amerykanin Jim Hines jako pierwszy człowiek na ziemi zszedł poniżej magicznych 10 sekund osiągając wynik 9,95, tylko dziesięciu zawodników zdołało pobić rekord świata na tym dystansie. W sumie, przez 30 lat, rekord został poprawiony „zaledwie” o 0,21 sekundy. Najszybciej pobiegł w 1996 roku w El Paso, Obadele Thompson z Barbadosu (od niedawna mąż zdyskwalifikowanej za doping Marion Jones), ale jego wynik 9,69 nie został uwzględniony w tabeli rekordów ze względu na zbyt silny wiatr w trakcie zawodów. Gdy notowano najlepszy wynik Powella, wiało z prędkością, 1,7 m/s, podczas gdy dopuszczalna norma to 2 m/s. Wszystko odbyło się więc w najlepszym porządku i nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać na spełnienie kolejnego celu najszybszego sprintera świata.
źródło informacji: "Sport"
|